Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia azjatycka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia azjatycka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 września 2012

Obiad po chińsku: kurczak z pędami bambusa i ryżowym makaronem

On jest Jej domowym mistrzem kuchni azjatyckiej. Ona jest pewna, że gdyby On miał konkurować z fachowcami, nie wypadłby blado. Więcej: to specjaliści mogliby zblednąć ze strachu. Jedyny kolor, jaki towarzyszyłby im w starciu z Jego kurczakiem z dodatkiem bambusa to wstydliwa czerwień, która niechybnie by oblała ich lica. 

Składniki
makaron ryżowy
30 dag kurczaka
1 puszka pędów bambusa
2 łyżki jasnego sosu sojowego
1 łyżeczka cukru
3 dymki
3 łyżeczki octu ryżowego
olej

On pokrojonego w kostkę kurczaka zamarynował w sosie sojowym z dodatkiem octu i cukru. Ona pewnie wytrzymałaby z tym marynowaniem jakiś kwadrans, On na przygotowania dał sobie całą noc.

Makaron ryżowy zgotował i zabrał się za przygotowanie mięsiwa. Wrzucił je na odrobinę oleju i podsmażył kilka minut. Następnie dodał posiekaną dymkę i pędy bambusa. Wszystko wymieszał i po niedługiej chwili smażenia podał z ugotowanym makaronem.


Szybka ta chińska kuchnia, prawda?


A jaka pyszna!

niedziela, 29 lipca 2012

Won-tony i dashi czyli Chiny drugą Japonią

On rozsmakował się w kuchni azjatyckiej - w lekturach i daniach. Sam chętnie je przygotowuje, czasem łącząc style i gatunki. Pewnego razu, będąc słomianym wdowcem, zamiast spędzić czas przy komputerowych strzelankach, bite 4 godziny strawił na przygotowaniu won-tonów, czyli chińskich pierożków i w ramach porozumienia z Japonią - tamtejszego bulionu dashi.


Składniki
na ciasto do won-tonów:
1 szklanka mąki pszennej
0,5 łyżeczki soli
ok. 0,5 szklanki ciepłej wody

na farsz do won-tonów:
25 dag krewetek koktajlowych świeżych
25 dag wołowo-wieprzowego mięsa mielonego
25 g grzybów mun
6 liści kapusty pekińskiej
1 pęczek dymki
3 łyżki jasnego sosu sojowego
2 cm korzenia imbiru
1 łyżeczka słodkiej papryki

bulion dashi: 
2 szklanki bulionu rybnego
4 płatki suszonych glonów kombu

On zaczął pracę od przygotowania farszu: krewetki zmiksował w blenderze, dorzucił do miski z mięsem mielonym, następnie dodał posiekane drobno (uprzednio namoczone na ok. 15 cm) grzyby mun. Liście kapusty pekińskiej zblanszował i również drobno pokroił. Posiekał dymkę, a na koniec dodał utarty imbir, sos sojowy oraz słodką paprykę. Całość wymieszał.

On zarobił ciasto na składniki i cienko rozwałkował. Wykrawał kwadraty 8x8cm, na które wykładał czubatą łyżeczkę farszu i lepił dwa rodzaje pierogów: koszyczki i czepki pielęgniarek.



Pierogi On ułożył w parowarze na liściach kaputy pekińskiej i gotował ok. 15 min.

Następnie On podgrzał bulion rybny razem z kombu. Glony przed podaniem wyjął i posiekał drobno. W miskach ułożył pierożki, wsypał glony i parę zachowanych kawałków zielonej części dymki.


Całość zalał bulionem dashi.


Jej zabrakło - zarówno polskich, jak i japońskich oraz chińskich słów, by powiedzieć, jak smaczne było to połączenie - rozgrzewająca zupa, sycące, misternie wyklejone pierożki o bardzo delikatnym, ale co ciekawe - za sprawą dymki i pekinki - nieco chrupkim i bardzo soczystym smaku.





środa, 4 kwietnia 2012

No bez jaj! Marmurek? Herbaciany?!

Jeszcze zdążycie zrobić marmurkowe jajka prosto z Chin. Ona i On przetestowali je niedawno. Zwiastują ponoć udany Chiński Nowy Rok i są w Azji tradycyjną przekąską. Jak wiadomo każda okazja dobra jest do świętowania, a Wielkanoc pod znakiem jaja stoi.

Spokojnie, spokojnie, jaja nie muszą być made in China. Mogą być od jednej z tych na przeszczęśliwych kur żyjących w mniejszych lub większych klatkach.

Herbaciane jaja wyśmienicie smakują zalane sporym chlustem sosu sojowego - aromatyczne, nietypowe, ciekawe na zimno, choć - fakt - na zdjęciach nie prezentują się najlepiej.


Składniki
5 jaj
2 łyżki mocnej czarnej herbaty
1/4 szklanki sosu sojowego
1 łyżeczka soli
szczypta anyżu


On gotował jaja w wodzie razem ze składnikami przez ok. 10 minut. Potem obił lekko każde z jajek i gotował kolejne 20 minut na delikatnym gazie.


Jaja w skorupkach włożył do słoika i zalał wywarem bez herbacianych fusów. Po ostudzeniu schował do lodówki. Tam niedługo się uchowały. Ona i On zjedli jaja z apetytem.


Przepis bierze udział w akcji:

środa, 12 października 2011

Trawimy lektury

Ona i On nie mogą oderwać się to od przygotowywania jedzenia, to od wyszukiwania czegoś ciekawszego w knajpkach, to wreszcie od samego trawienia. Czekają na spokojny czas poobiedniej siesty, by podzielić się pochłoniętymi ostatnio smakami. Jeden z nich jest ściśle związany z nową książką, która stanęła na kuchennej półce.

Ale od początku. Najpierw miała być włoska knajpka (o której wkrótce!), ostatecznie był Wietnamczyk, później żarcie made in Italy, które zakończył miły spacer. Ale apetyt na azjatyckie dania pozostał. A że po drodze napatoczyła się księgarnia, po prostu Ona i On musieli do niej zajrzeć. Szczególnie, że Ona zapach zadrukowanych kart lubi prawie tak jak jarzynową zupę, czy wykwintny deser.

Ona przebierała w jakiś słownikach, książkach dla dzieci, a On trawiąc włoską sałatkę, zanurzył się w kulinarnych poradnikach. Wyszedł objuczony z niespodzianką dla Niej i dla siebie.

Gdy Ona to pisze, za oknem leje deszcz. Nie przeszkadza jej to w planowaniu niecnego skorzystania z prezentu:


Zainspirowana na razie tylko pobieżną lekturą książki "Pikniki" Clare Ferguson pięknie ilustrowanej i pełnej różnorodnych smakowitości książki planuje przygotować tortille na zbliżający się wypad nad morze. I ciasteczka jeszcze. I chleb może! I dipy!

On zaś jak wyszedł z nową książką ("Chińskie smaki na polskim stole" Kazik Ronhard), tak przepadł. Przepadł w lekturze i w sklepach, gdzie zakupić zdążył: ocet ryżowy, ocet sherry, ryżowy makaron, pędy bambusa i rybny filet, gdzie czai się na jasny sos sojowy do kompletu z ciemnym, który w domu od dawna już gości. Ona wyciąga go stamtąd uroczymi drewnianymi pałeczkami, którymi - może zdradzić - już wciągnęła pierwsze danie z książkowych propozycji.


Oba - doskonałe zakupy:) Za darmochę w dodatku.

wtorek, 4 października 2011

Ale tu jest Sajgon!

Jej się tak długo u doktorów z globusem i lumbago zasiedziało, że z włoskiej knajpki nic nie wyszło. Alternatywą był Chińczyk, Wietnamczyk właściwie. Taki, że z zewnątrz niektórym strach wejść. Smok ogniem zionie w jednej z bocznych uliczek skutecznie odstraszając brakiem okien, toaletą na zewnątrz i trochę zapomnianym wystrojem.



No strach. Ale w środku - niebo w gębie! Ona i On lokal znają od dawna. Nieraz się tu żywili, co elegantszym znajomym odradzając odwiedziny - a co, więcej smakowitości dla nich będzie, prawda?

- Sanepid!! - krzyknął pan na wejście, wywołując uroczą właścicielkę zza lady. - Kontrola! I zupa na miejscu, a na wynos: sajgonki, kurczak ten co zwykle i makaron...

To trzeba przyznać: miejsce ma niepowtarzalny urok: wiklinowe parawany, okna brak, w akwarium rybki polecają filety, które znaleźć można w menu, na stole lądują naczynia - każde z innej parafii, a na tyłach toalety ogródek z ziołami - tylko dla dobrych (i odważnych) znajomych właściciela - pieruńsko ostre zioła z samego Wietnamu. Niektórym smakują środkiem do czyszczenia toalet.

Ona zamawia kurczaka w kokosie, On kaczkę pikantno-kwaśną. A do tego herbatę jaśminową i po sajgonce. Przemiła właścicielka przyjmuje zamówienie, zderza się z parawanem, po czym uśmiecha uroczo. On najnowszą rubrykę tamtejszego "Faktu" poczytuje, Ona kilka około festiwalowych plotek po kablu wymienia.

A tymczasem na zapleczu wrze. Nie mijają 2 minuty, gdy na stole ląduje jaśminowa herbata w chińskiej porcelanie z 3 rożnych dynastii.


To zdecydowanie najlepszy napój w menu (noo.. może obok rewelacyjnego piwa z kija i w uroczych pintach podawanego). Ale jak na powyższym zdjęciu widać, Ona nie ma cierpliwości, by czekać aż czaj się zaparzy i łyka słomkowy napój wargi parząc.

Nie mija kolejne 12 minut i na stole lądują sajgonki plus sos sojowy z dodatkiem czosnku. To danie przypomina zafoliowane fragmenty przemarzniętych w chłodni kończyny, ale smakuje całkiem całkiem.



Czas jednak na gwóźdź wieczoru do jej nadwagowej trumny: kurczak w kokosie z surówką i ryżem (dwa ostatnie elementy dodawane są do każdego dania - jakby z szablonu robione - zawsze smakują tak samo. Do tego słodko-kwaśny sos. Na ciepło!


Gdyby Ona nie tak głodna lub chciwa była, podzieliłaby się z Nim daniem, a tak.. On ledwie kuleczki skubnął... bidulek...

Bidulek? Zaprzeczycie, gdy zobaczycie jego kaczkę. Wypieczoną, ostrą, pachnącą, co prawda w sosie ze standardową mieszanką warzyw jednak dobrze doprawioną, kruchą i soczystą (pisze to Ona, która odmówić sobie spróbowania nie mogła).


Potem już tylko ucztowali. I na spektaklu po brzuchach się gładzili. Do czasu, gdy na finał przedstawienia Ona ataku kaszlu dostała. A może to jej kurczak kością w gardle stanął?

No Sajgon bajeczny! Ale tylko dla wtajemniczonych... Ciii...