Ona zrezygnowała wczoraj z robienia brownies dla domowych gości. Postawiła na szybką tartę. Tego lata Ona i On wciągnęli już niejedną tartę wytrawną, parę na słodko (głównie z jabłkami lub porzeczkami), a wymarzonej z borówkami ni hu hu. No to przyszła kryska na matyska!
I oczywiście, jak się Ona za bardzo starała, to tarta za bardzo wyjść nie chciała:( I pewnie smaczna będzie (jedyny minut ciast przygotowywanych w tortownicy - głupio przed przyjściem gości rozkroić i spróbować;)), ale wygląd jej nie satysfakcjonuje. Mimo to dzieli się przepisem na smaczne ciasto.
Składniki
na ciasto:
300 g mąki pszennej
1 jajo
100 g miękkiego masła
łyżeczka cukru
1/4 szkl. wody (lub mniej/więcej - by ciasto dobrze się wyrobiło)
1 opakowanie borówek (lub innych owoców)
1 budyń waniliowy
1 galaretka - najlepiej pod kolor i smak owoców
Ona ciasto szybko zarabia i na pół godziny do lodówki chowa. Rozwałkowuje je dość cienko i...
... na nasmarowaną tłuszczem i posypaną bułką tartą blachę układa.
Nakłuwa je widelcem dość gęsto i w rozgrzanym piekarniku przez ok. 25 min. piecze.
Wrondlu gotuje budyń waniliowy w połowie podane w przepisie mleka. Odstawia do wystygnięcia. W drugim garnku gotuje pół galaretki i odstawia do lekkiego stężenia. Myje borówki.
Na chłodne ciasto wykłada budyń, owoce i galaretkę.
Potem narzeka na wygląd - wyjątkowo nie swój a ciasta;) Takie życie: bywają brzydkie, ale mądre. Ta jest nieładna, ale smaczna!
Ona pada na twarz. Zrobiła tartę z borówkami, ciasto z czekoladową truflą, leczo, zamarynowała tryliard udek kurczaka, sprzątnęła mieszkanie. Na koniec dorzuciła sałatkę. Wszystko na jutrzejszą pierwszą rodzinną imprezę na włościach. Sałatka banalna, szybka, sprawdzona i zawsze pachnąca Jej wiosną, choć z niezupełnie wiosennych składników;)
W tej sałatce celowo nie ma papryki, która być w niej według przepisu starszej koleżanki powinna. Jej babcia papryki unika, a że będzie honorowym gościem imprezy - musi i tego przysmaku spróbować:) Zresztą i bez papryki sałatka jest wyborna:)
Jak Ona ja przygotowała? Gdzieś pomiędzy wypatrywaniem Go przez okno, szorowaniem łazienki, przesadzaniem storczyka i wykładaniem kremu na ciacho zmieszała wszystkie składniki (co się da - pokroiła) i tyle ją widzieli - popędziła robić coś dalej.
Teraz chyba pójdzie spać. Wiek już nie ten, by siedzieć do rana;)
I to bardziej z palcem w... garnku niż palcem po mapie. Wybiera się w nią Ona już dziś. Za przewodnika mieć będzie fantastyczny urodzinowy prezent rozpakowany przed paroma chwilami:
Z autorką Hanną Szymanderską Ona ostatnio widziała się w kolejce do toi toi'a na Festiwalu Smaku w Grucznie. Taki smaczek;) Teraz przyjrzy jej się z nieco innej strony.
A że kręci Ją etnograficzny aspekt, który zawsze Szymanderska w swoich książkach porusza, prezent od ekipy z fabryki szybko zdobędzie jej serce. Gdyby tylko teraz móc się w niego zanurzyć miast pracować na wypłatę;) Ale ciii...
A i ciasto urodzinowe było. Brownieschyba jednak nie zasmakowało - nim się Ona obejrzała, już się go ekipa pozbyła z talerzy;)
Ona do Nigelli Lawson upodabnia się gdzieś tak na wysokości bioder i czasem jeszcze oblizując palce podczas gotowania - nie namiętnie, głównie łakomie.
Ona i Nigella pieką też podobne ciasto. Brytyjskie - wiadomo. Wychodzi zawsze, jak by się nie postarać, by nie wyszło, nawet po angielsku;)
Składniki:
340 g masła
3 ciemne czekolady (najlepiej 2 deserowe i 1 mleczna)
1 biała czekolada (tu jeszcze niewybielona - bo taka była pod ręką)
1,5 szklanki cukru
6 jaj
1,5 szklanki mąki
1 łyżeczka soli
cukier puder do posypania
Ona zawsze oddzielnie topiła masło i w drugim garnuszku - czekoladę. Tym razem w kąpieli wodnej topi masło, do którego dorzuca słodkie kostki rozpływające się nie tylko w ustach (no co? przecież spróbować musi!), ale i na gazie.
W misce ubija jaja z cukrem i plotkuje trochę przez telefon. W tym czasie On w dalekiej górskiej krainie narzeka na tłuste pierogi i wodnistą kwaśnicę, ratując się wódeczką z miodem, która i ją na pewno chętnie by rozgrzała.
Chłodną masę czekoladową Ona miksuje z jajami i dosypuje mąkę. Ją rozpala gorączka, a Ona rozpala piekarnik i kroi w kostkę mleczną czekoladę. Wolałaby, żeby czekolada była biała, ale i ta się sprawdzi.
Ona powinna dosypać łyżeczkę soli. Uwielbia ten słodki smak przełamany słonym kęsem! Prócz soczystego ciasta to właśnie kręci ją w brownies. Ale tym razem pożytek robi z czekoladowej soli, dla której nie potrafi znaleźć innego zastosowania. Tu ten dziwny produkt sprawdza się idealnie!
Ona niby przypadkiem zanurza zbyt małą łyżkę w cudownie lśniącym gęstym cieście. Gdy ta wpada jej w ciastowe odmęty, Ona z szelmowskim uśmiechem ratuje ją przed pójściem na dno i z lubością pożera pozostawione na niej resztki drogocennego ciasta.
Przychodzi czas na kawałki czekolady, które Ona wrzuca i lekko miesza w misce.
Ona wylewa ciasto na blachę. I wkłada do piekarnika. Przepisowe 25 minut przedłuża do 35, bo zagaduje się z Nim gdzieś pod Szczyrkiem.
Brown.. ies..
Brownies...
Ta o ile lepsza, bo zagraniczna nazwa czekoladowego ciasta brzmi troszkę jak ono samo - rozpływające się w ustach, słodkie uosobienie kakaowej magii.
No taki Brown.. James Brown!;)
Ona wcina kawałek i.. czuje się wybornie! Są powody do... nucenia;)
P.S. Jeśli ona natychmiast nie wskoczy do łóżka, istnieje spore prawdopodobieństwo, że ciasto, które ma zawieść jutro do pracy na okoliczność urodzin, zostanie pożarte. Nie na żarty!
Dobranoc więc!
Ona przeziębieniem prawie powalona na rozgrzewającą herbatę udała się do kuchni, gdzie przy zbliżającej się jesieni ciepło domowego ogniska najprzyjemniej rozlewa się po stołach i podłodze - dokładnie tak, jak jej gorący napój z miodem i cytryną. No co? Na kelnerkę się nie nadaje - wiadoma sprawa!
Z czekoladowej książki wyjęła jeden przepis na urodzinową chrupawkę kruchym blokiem zwaną. Ona po raz kolejny nic sobie nie zrobiła z przepisu. Pomerdały jej się półki w sklepie i zamiast białej czekolady sięgnęła po biało-czarną o kawowym smaku? To co: z deseru niby zrezygnuje? Nie ma bata! Zrobi! I dorzuci tłumaczenie, że to na część pewnej cioci, która przez wzgląd na umiłowanie języka, którym władali ludzie źli i nad wyraz biali, ta w ramach poprawności politycznej nawet czerń.. to jest cień wijącej się Fergi docenia.
Ten kruchy blok to taka namiastka szyszek, które robiła kiedyś Jej mama, a które Ona - najgłębiej nawet schowane - wyjadała ze smakiem. Ich bazą była jednak masa krówkowa. Tu - czekolada.
Składniki warstwa jasna (u Niej: dolna;))
55 g masła
1 łyżka miodu
150 g białej czekolady (u niej biało-czarnej)
50 g przyrumienionego ryżu preparowanego
warstwa ciemna:
55 g masła
2 łyżki miodu
125 g czekolady deserowej (u niej 45 g deserowej, reszta mlecznej)
75 g przyrumienionego ryżu preparowanego
Ona w kąpieli wodnej rozpuściła (na raz, co się certolić będzie: masło, miód i czekoladę do - teoretycznie chociaż - jasnej warstwy). Gdy wyrobiła się już jednolita masa, dorzuciła do niej ryż i wymieszała.
Całość wyłożyła na pokrytej folią z czystego srebra (takie tam klejnoty rodowe..) blasze...
i... po obrobieniu analogicznym drugiej partii i wylaniu na wierzch...
... włożyła do lodówki.
Wytrzymała godzinę - jakiejś pisaniny i miłych telefonicznych pogaduch - a potem poszła sprawdzić, jak się sprawy w kuchni mają. W książce wyraźnie napisano: "Deser można przygotować 4 dni wcześniej i przechowywać w lodówce".
Można! Pewnie, że można, ale nie trzeba! Szczególnie przechowywać. Spróbować przecież należy! Tak proste i tak pyszne. Wcale nie wykwintne, lekko brudzące paluchy słodyczą, chrupiące i rozpływające się w ustach. No to po kawałeczku!
Gdy prowadzi się bloga tak krótko, nawet taka rocznica cieszy! On wciągnie pewnie z tej okazji jakiegoś łoscypka z kwaśnicą, gdyż pojechał do krainy, gdzie góralskie sery na drzewach rosną, a tradycyjna zupa leje się strumieniami. Ona za to szuka inspiracji, co by tu do garnka włożyć. Ma chyba smak na pierogi. A może na cukinię? Kto Ją tam wie;)
Jedno jest pewne, przygotuje dziś urodzinową mordoklejkę - będzie jak znalazł na piątkową imprezę! Z tej oto książeczki, którą Ona i On niedawno na urodziny Jej kuzynce sprawili.
Ciasta na pizzę Ona zrobiła tyle, że On mógł bezkarnie wcinać z Nią wariacje na jego temat. A i blog dzięki temu rośnie im jak na... jakby nie było... drożdżach;) Czas więc na Ich sprawdzone czosnkowe chlebki.
W ubiegłym roku na wspólne gospodarstwo On sprezentował Jej męskie towarzystwo.
Podrzucił jej tym samym całkiem niezłą dla siebie konkurencję. Jak wiadomo Jamie podróże lubi, jedzenie też, a i do garnka wie co i kiedy wrzucić... no ideał;)
Jamie nie był jednak tak skory do amorów. Zdecydowanie zbyt często Ona go tłustymi (nie od nadmiaru sadła własnego, a od kuchennych robótek) łapami dotykała bezczelnie, rzucając czasem po wszystkim w kąt.
Ale paroma przepisami się podzielił. Uległ jej apetytowi - bez dwóch zdań;)
Potem Ona w jego recepturach trochę zamieszała i włączyła je do domowego repertuaru, ciesząc Jego oko i podniebienie (ponoć nie tylko daniami, ale czego głodny mężczyzna nie powie, by mu jedzenie zaserwować;))
Tak powstała polska receptura na włoskie chlebki pewnego Anglika.
Od czego by tu zacząć...? Roboty Ona ma niewiele, bo ciasto już przecież gotowe. Bierze jego trzecią część na 4 piękne krążki wielkości deserowego talerzyka. Ciasto dzieli na tyleż części i każdą z nich cieniuchno wałkuje. Czasem precyzyjnie wycina okrąg, a czasem tylko formuje ciasto ot - jak leci - świetnie sprawdza się kopnięty kwadrat na przykład - Jej ulubiona figura geometryczna z czasów, gdy w podstawówce wsłuchiwała się w swoją matematyczkę w żółtym wdzianku o fakturze niedzielnej jajecznicy.
Ciasto mamy. Jamie poleca użyć w ściśle odmierzonych ilościach: oleju, czosnku, solo i koperku. Ona nic sobie nie robi z jego słów i bierze masło (jakieś 2 łyżki), które dużo lepiej się w tym przypadku sprawdza. Dosypuje granulowany czosnek (choć i Ona, i On ząbkujący czosnek z najlepszego swojego źródła wolą, tu taka forma przyprawy zupełnie się nie sprawdza) i koperek... dużo koperku, a także soli szczyptę - składniki tworzą cudowne masło czosnkowe przygotowane na szybko, którym ona smaruje rozwałkowane placuszki. Następnie kroi podłużne paski na każdym z nich i lekko rozsuwa.
Całość piecze się 10-15 min. I zjada migiem wręcz.
Po pierwszym pieczeniu On stwierdza, że choć takie kawałki świetnie się ułamują, w kolejnej partii postawią na chlebki całości, by poczuć soczyste ciasto i czosnkową moc.
Tak robią. Później oddalają się w stronę zachodzącego słońca. Czy jakoś tak;)
Ona przyznaje od razu, a i On wie to dobrze: cebularze, choć domowe w Ich wydaniu to nie do końca cebularze. Wszystko przez brak maku, maku brak.
Zbyt on często zdaniem okolicznych sklepikarzy trafiał w kompot niczym gruszka niż do zgłodniałego cebularza brzuszka. W ten sposób stał się towarem deficytowym. Nie znaczy to jednak, że cebularza zrobić nie można!
Co tu dużo ukrywać - cebularz to dobra chrupajka do piwka. Taka przekorna chrupajka, bo nic pod zębami nie chrupie. Tu siekacze zanurzają się w puszystym - ale nie za grubym cieście niczym On po pracowitym dniu w poduszce.
Do wykonania cebularzy potrzebujemy sprawdzone ciasto na pizzę. Na sześć cebularzy starczy nam jego trzecia część, ale kto powiedział, że tylko tyle cebularzy mamy wciągnąć?;)
Niezbędna będzie też cebulka albo dwie. Posiekaną przysmażymy na maśle z solą i pieprzem, po czym gotową wyłożymy na spłaszczonym placuszku z ciasta. O tak:
Bułeczki piec się będą jakieś 15 min na wysmarowanej olejem blasze. Do przyrumienienia:
Najlepiej zasmakują posypane gruboziarnistą solą. I z piwkiem z bzowym sokiem. Mniam!
A właściwie na pizzerinki - małe okrągłe pizze i czosnkowy chlebek. Świetnie sprawdza się także w cebularzach. O wszystkich tych daniach Ona napisze całkiem niedługo:)
A tymczasem samo ciasto:)
Składniki
300 g mąki pszennej
150 g mąki żytniej
35 g świeżych drożdży
3 łyżki oleju rzepakowego
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka cukru
ok. 1 szklanka wody
Przygotowanie:
On marzy, czym by tu gotową pizzę obłożyć, a potem leci zombiaków ubić na tajemniczej wyspie. Ona w szklance drożdże kruszy, cukrem zasypuje i odrobiną wody zalewa, miesza. Do miski wsypuje 1/3 porcji mąki, dolewa drożdże, miesza. Dosypuje sól, dolewa olej, miesza. Dosypuje resztę mąki - dolewa wodę. Zarabia i zostawia do wyrośnięcia - ok. 20 min.
Nie mogło być łatwiej;)
Wczoraj Ona znów zrobiła Pomidorówkę prosto z Limy. Nuda? Nie dla Niego! A i Ona trochę poszalała, bo uzupełniła przepis nowymi zdjęciami. Zachęca teraz do obejrzenia w archiwalnym poście. Posmakujcie!