sobota, 1 października 2011

Fasolka - piekielne niebo w gębie!

Gdyby apetyt na ostre mógłby wskazywać na ciążę, On spodziewałby się co najmniej pięcioraczków. Ostatnio do wszystkiego dodaje ostrych węgierskich past, piekielnych gruzińskich sosów, chińskimi cieczami wypalającymi gardło polewa dania, do których dodaje piri piri, chili i jalapeno.

Ona miała na oku masłową zieloną fasolkę. I chęć na nią. Szukała jednak przepisu na jej wersję pozbawioną dodatku w postaci tradycyjnej tartej bułki. Raz miało być inaczej. A że w pamięci miała Jego smak na ostre, skorzystała z przepisu na fasolkę z chili, który jak zwykle przerobiła po swojemu;) 

Składniki
1/2 kg fasolki masłowej (lub szparagowej zielonej)
4 ząbki czosnku
2 łyżeczki miodu
2 łyżeczki suszonego chili
3 łyżki sezamu
2 łyżki poszatkowanego szczypiorku
olej
sól


Fasolkę Ona ugotowała w osolonej wodzie. Na patelni rozgrzała olej i wrzuciła warzywa. Dodała resztę składników i wymieszała. Po 7 minutach przełożyła na talerz i zjadła. Równie ekspresowo, choć buzię Jej prawie wypaliło. On był zachwycony. I to nie tym, że Ona przez parę minut mówić nie mogła, ale dlatego że tak mu smakowało;)

Wczoraj Ona kupiła zieloną fasolkę szparagową. Zgadnijcie, co Ona i On zjedzą dziś na obiad;)

Ten przepis bierze udział w akcji:

czwartek, 29 września 2011

Snickers - idealny na imieniny!

Choć tytuł zwiastuje piekielnie słodkie ciacho, Jej wypiek wyszedł całkiem rozsądny: miodowo-orzechowy z budyniowym kremem i pięknym karmelem na górze. To ciasto łatwe w przygotowaniu, smaczne... nooo.. może nieco za twarde (trzeba było - jak w przepisie w piekarniku trzymać, a nie o kwadrans za długo piec;)) Takie idealne na dzisiejsze imieniny:)

Składniki
ciasto
1/2 kg mąki
1/2 kostki margaryny
1/2 szklanki cukru pudru
2 jaja
2 łyżeczki miodu
1 łyżeczka sody

polewa orzechowa
30 dag orzechów włoskich
1/2 kostki margaryny
2 łyżki miodu
1/2 szklanki cukru

krem
budyń waniliowy
1 szklanka mleka

On swoją zwierzynę karmił, gdy Ona wczoraj za ciasto się zabrała. Na początek jaja z cukrem ubiła, margarynę, miód i mąkę z sodą dodała i po otrzymaniu gładkiej masy - jej połowę na tortownicy wyłożyła i w rozgrzanym piekarniku 20 minut piekła. W tym czasie na patelni margarynę rozgrzała, miód i cukier dodała, a na koniec drobno pokrojone orzechy dorzuciła.

Gdy pierwsza partia ciasta się upiekła, na blasze rozłożyła drugą - tym razem, zwieńczając ją orzechową masą. I upiekła. Teraz już wie, że nie powinna była przekraczać 25 minut pieczenia;)

W kolejnym międzyczasie ugotowała budyń, ale na połowie, czyli szklance mleka.
Gotowe warstwy ciastem przełożyła. Oooo.. tak..


A efekt? Gdyby baterie nie wysiadły, a goście nie zjedli prawie całego (:)), pewnie Ona by go tu pokazała. A tak... pokaże jutro:) Na razie pogładzi się po brzuszku... Bo trzeba przyznać: wyszło nie najgorsze;)

Ona robi pierwsze pierogi. On się zajada

Ona i On wspomnieli dziś szybkim obiadem lato, które dopiero teraz - pod koniec września daje o sobie znać. I odejść nie chce. Z czeluści zamrażarki wyjęli pierogi, których ona kiedyś narobiła jak na szwadron wojska. I zjedli, choć żołnierze nie zdążyli nawet zapukać do drzwi;)

Ona wspomniała też pierwsze pierogów przygotowania. Zrobiła je tylko dlatego, by wykorzystać wiśnie, z którymi to nigdy wcześniej zresztą pierogów nie jadła, a których wcześniej w ogrodzie nazrywała - znów w ilościach hurtowych. Postanowiła więc zamknąć je w cieście i zjeść wkrótce z apetytem.

Składniki (na ok. 25 sztuk)
1/2 kg mąki
ok. 1,5 szklanki ciepłej wody
szczypta soli
wiśnie (po 2-3 sztuki na pieroga)

Ona składniki na ciasto wymieszała i rozwałkowała cienko. Wiśnie wydrylował On szybko tak, że Ona się nawet nie obejrzała. A nie obejrzała się, bo ciasto przecież wałkowała, szklanką kółka wycinała i na (od babci na gospodarstwo otrzymanej) maszynce do składania pierożków układała - ciasto, a dalej: wisienki. I trach - zamykała.

 
Wrzuciła je do lekko osolonego wrzątku i - gdy wypłynęły - wcinała z apetytem. Ze śmietaną, z cukrem. I z Nim rzecz jasna. Dokładnie tak, jak dziś.

Przepis bierze udział w akcji

środa, 21 września 2011

Tarta szpinakowa z fetą. Lub bez

Ona zawsze słyszy: tarta? To takie trudne, tyle zachodu kosztuje i pracy. Puka się wtedy w głowę, do kuchni wybiera i robi: taką ze szpinakiem, z brokułami, z makrelą, botwinką, szprotkami a nawet po meksykańsku.

Ale ta ze szpinakiem jest najprostsza jest nr 1 w Jego i Jej kuchni.
Oto i zielony placek.



Składniki:
ciasto
300 g mąki żytniej
100 g mąki pszennej
4 łyżki oleju
wody - ile trzeba, by ciasto wyrobić

farsz
1 opakowanie szpinaku mrożonego
2 cebule dymki
3 ząbki czosnku
5 łyżek kwaśnej śmietany
łyżka masła
sól, pieprz
feta - dodatek (nie)zbędny

Ona zarabia ciasto ze składników, wałkuje cienko i na nasmarowaną tłuszczem i posypaną bułką tartą blachę wykłada. Nakłuwa gęsto widelcem i do rozgrzanego piekarnika na ok. 10 min wkłada.



Cebulkę szatkuje i na maśle szkli. Szpinak rozmrożony dodaje i gotuje. Sól, pieprz, wyciśnięty czosnek dodaje, a na koniec śmietanę. Dość gęstą całość na tarcie wykłada i na ok. 30 min. do pieca wkłada. Jeśli tylko chce, fetą obrzuca, nie wyzwiskami.


Zajada z białym winem.... On nigdy nie może się nadziwić, że tak szybko Jej to idzie, że tak smaczne i łatwe...

Przepis bierze udział w akcjach
 

wtorek, 20 września 2011

Udka których żadna babka się nie powstydzi!

Ten wpis miał nie powstać, bo jak tu pisać o czymś tak smacznym jak udka kurczaka w miodowo-musztardowej glazurze bez zdjęć, które mogłyby sprawić, że czytającym pocieknie po brodzie ślinka? Bo zdjęć nie było. 

Mięsiwo Ona przygotowywała, czekając na piątkowych urodzinowych gości, ale fotek zrobić nie zdążyła, bo danie z talerzy zniknęło, nim zdążyła obiektyw aparatu przetrzeć.

A udek kupiła 15. Wielkich! Ogromnych, a że sama musiała nieco mięso uporządkować (a tego bardzo nie lubi - wydaje wtedy z siebie dźwięki przypominające: "oooaghuuuułeee"), przy desce do krojenia przeżyła kryzys. Drugi - gdy po 40 min udka w brytfance się nie upiekły, a ugotowały. A goście byli przecież coraz bliżej...


Powyżej zdjęcie Jego dzieła - kulinarnego i fotograficznego, które na bloga z lenistwa chyba zawitać długi czas nie chciało. A może ze względu na anatomiczną budowę? Wszak udka skrzydełek nie mają, by tu przylecieć. 

Jej uda były większe - wiadomo... kolejny powód do utyskiwań przed lustrem zawsze w cenie;) I pozbawione były pietruszki - bo choć świeżutka, poszatkowana czekała tylko na obsypanie, ona zapomniała o tym subtelnym akcencie. No gapa. No niezguła.

Ale do rzeczy. Przepis na udka pochodzi stąd. Zmniejszamy go do 4 udek dla 2 głodnych osób. Ona zje 3, On 1, gdy Ona się rozleniwi;)

Składniki

4 udka kurczaka
60 g miodu
2 łyżki musztardy francuskiej
2 łyżki musztardy Dijon
2 łyżki octu
1 łyżka oleju
sól i pieprz
natka pietruszki 


Ona dzień wcześniej udka nacina w ok. 3 miejscach. Glazurą (musztardy+olej+ocet_przyprawy) smaruje i na noc do lodówki (w brytfance/żaroodpornym naczyniu wkłada). Odpowiednio wcześniej przed obiadem z sosu wyciąga, do naczynia pustego ponownie wkłada, po czym w piekarniku piecze ok. 45 min. mięsiwo przewracając i polewając często. 



Na koniec gotowych udek (mmmm.. jak od kostek odchodzi, jak w ustach się rozpływa!) pietruszką nie posypuje. Z risotto podaje.



Goście - nawet ci, co za udkami nie przepadają - z apetytem wcinają kolację. Jej znów ślinka cieknie... Klawiaturę właśnie wyciera;)

niedziela, 18 września 2011

Trufla lepsza niż myślano

Ona w piątkowy wieczór padła. Na sobotnie przyjście gości przygotowała co następuje: zapiekane bakłażany, cudowne udka kurczaka w miodowo-musztardowej glazurze, leczo, muffinki (ale z pieczarkami), sałatkę z kapusty pekińskiej i z paluszkami krabowymi, czosnkowo-koperkowe masło do maminego chleba, tartę z borówkami, risotto, nieco słodkiego ryżu i po krzyżu. A na koniec ciacho z czekoladową truflą. Mama dorzuciła niezawodne klopsy, sałatkę z fasolki zielonej z octem, czekoladowy blok i bezowy tort. Gościom zdaje się smakowało:)

Czekoladowy tort miał być dla Jej brata, który tego samego dnia obchodzi urodziny (zresztą razem ze swoim bliźniakiem). Ona nie wierzyła, chwytając za książkę, że wyjdzie jej ciacho pokazowe - jak z obrazka. Znów jak lubi baaardzo czekoladowe. Ale wyszło nie najgorsze;) Oto przedostatni kawałek, któremu zdjęcie zrobiła wczoraj.



Składniki:
ciasto
75 g masła
75 g cukru
2 rozkłócone choć przyjaźnie do świata nastawione jaja
75 g mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
25 g kakao
50 g mielonych migdałów

masa truflowa:
350 g czekolady deserowej
100 g masła
300 ml śmietanki kremówki
75 g pokruszonych herbatników


Masło z cukrem zmiksowała, dodała jaja i mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia oraz kakao. O dodaniu zmielonych migdałów zapomniała. Wiek już nie ten;)
Całość na wysmarowaną margaryną i posypaną bułką tartą tortownicę wylała i do rozgrzanego piekarnika na 25 min wstawiła.

W tym czasie Ona masło w kąpieli wodnej rozpuściła, po czym czekoladę dodała, a na koniec kremówkę w całą sprawę wmieszała. Gdy masa przestygła, wstawiła ją do lodówki. Kiedy ciasto stygło, Ona masę wymieszała. Na koniec dosypała do niej herbatniki i zapomniane migdały. Całość wyłożyła na cieście...



i do lodówki wstawiła.


Rozkroiła w sobotę pełna obaw. Było doskonałe!

piątek, 16 września 2011

Nieładna ale smaczna - tarta z borówkami

Ona zrezygnowała wczoraj z robienia brownies dla domowych gości. Postawiła na szybką tartę. Tego lata Ona i On wciągnęli już niejedną tartę wytrawną, parę na słodko (głównie z jabłkami lub porzeczkami), a wymarzonej z borówkami ni hu hu. No to przyszła kryska na matyska!

I oczywiście, jak się Ona za bardzo starała, to tarta za bardzo wyjść nie chciała:( I pewnie smaczna będzie (jedyny minut ciast przygotowywanych w tortownicy - głupio przed przyjściem gości rozkroić i spróbować;)), ale wygląd jej nie satysfakcjonuje. Mimo to dzieli się przepisem na smaczne ciasto.

Składniki
na ciasto:
300 g mąki pszennej
1 jajo
100 g miękkiego masła
łyżeczka cukru
1/4 szkl. wody (lub mniej/więcej - by ciasto dobrze się wyrobiło) 

1 opakowanie borówek (lub innych owoców)
1 budyń waniliowy
1 galaretka - najlepiej pod kolor i smak owoców

Ona ciasto szybko zarabia i na pół godziny do lodówki chowa. Rozwałkowuje je dość cienko i...


... na nasmarowaną tłuszczem i posypaną bułką tartą blachę układa.


Nakłuwa je widelcem dość gęsto i w rozgrzanym piekarniku przez ok. 25 min. piecze.


Wrondlu gotuje budyń waniliowy w połowie podane w przepisie mleka. Odstawia do wystygnięcia. W drugim garnku gotuje pół galaretki i odstawia do lekkiego stężenia. Myje borówki.


Na chłodne ciasto wykłada budyń, owoce i galaretkę.


Potem narzeka na wygląd - wyjątkowo nie swój a ciasta;) Takie życie: bywają brzydkie, ale mądre. Ta jest nieładna, ale smaczna!

Przepis bierze udział w akcji:

Szybka sałatka

Ona pada na twarz. Zrobiła tartę z borówkami, ciasto z czekoladową truflą, leczo, zamarynowała tryliard udek kurczaka, sprzątnęła mieszkanie. Na koniec dorzuciła sałatkę. Wszystko na jutrzejszą pierwszą rodzinną imprezę na włościach. Sałatka banalna, szybka, sprawdzona i zawsze pachnąca Jej wiosną, choć z niezupełnie wiosennych składników;)

Składniki:
1 puszka kukurydzy
1 ogórek długi
1 paczka paluszków krabowych
3 łyżki majonezu
pieprz
sól
koperek



W tej sałatce celowo nie ma papryki, która być w niej według przepisu starszej koleżanki powinna. Jej babcia papryki unika, a że będzie honorowym gościem imprezy - musi i tego przysmaku spróbować:) Zresztą i bez papryki sałatka jest wyborna:)

Jak Ona ja przygotowała? Gdzieś pomiędzy wypatrywaniem Go przez okno, szorowaniem łazienki, przesadzaniem storczyka i wykładaniem kremu na ciacho zmieszała wszystkie składniki (co się da - pokroiła) i tyle ją widzieli - popędziła robić coś dalej.

Teraz chyba pójdzie spać. Wiek już nie ten, by siedzieć do rana;)

czwartek, 15 września 2011

Urodzinowa podróż kulinarna. Start

I to bardziej z palcem w... garnku niż palcem po mapie. Wybiera się w nią Ona już dziś. Za przewodnika mieć będzie fantastyczny urodzinowy prezent rozpakowany przed paroma chwilami:


Z autorką Hanną Szymanderską Ona ostatnio widziała się w kolejce do toi toi'a na Festiwalu Smaku w Grucznie. Taki smaczek;) Teraz przyjrzy jej się z nieco innej strony.
A że kręci Ją etnograficzny aspekt, który zawsze Szymanderska w swoich książkach porusza, prezent od ekipy z fabryki szybko zdobędzie jej serce. Gdyby tylko teraz móc się w niego zanurzyć miast pracować na wypłatę;) Ale ciii...

A i ciasto urodzinowe było. Brownies chyba jednak nie zasmakowało - nim się Ona obejrzała, już się go ekipa pozbyła z talerzy;)

środa, 14 września 2011

Brownies pod znakiem Jamesa Browna

Ona do Nigelli Lawson upodabnia się gdzieś tak na wysokości bioder i czasem jeszcze oblizując palce podczas gotowania - nie namiętnie, głównie łakomie.
Ona i Nigella pieką też podobne ciasto. Brytyjskie - wiadomo. Wychodzi zawsze, jak by się nie postarać, by nie wyszło, nawet po angielsku;) 

Składniki:

340 g masła
3 ciemne czekolady (najlepiej 2 deserowe i 1 mleczna)
1 biała czekolada (tu jeszcze niewybielona - bo taka była pod ręką)
1,5 szklanki cukru
6 jaj
1,5 szklanki mąki
1 łyżeczka soli
cukier puder do posypania


Ona zawsze oddzielnie topiła masło i w drugim garnuszku - czekoladę. Tym razem w kąpieli wodnej topi masło, do którego dorzuca słodkie kostki rozpływające się nie tylko w ustach (no co? przecież spróbować musi!), ale i na gazie.


W misce ubija jaja z cukrem i plotkuje trochę przez telefon. W tym czasie On w dalekiej górskiej krainie narzeka na tłuste pierogi i wodnistą kwaśnicę, ratując się wódeczką z miodem, która i ją na pewno chętnie by rozgrzała.



Chłodną masę czekoladową Ona miksuje z jajami i dosypuje mąkę. Ją rozpala gorączka, a Ona rozpala piekarnik i kroi w kostkę mleczną czekoladę. Wolałaby, żeby czekolada była biała, ale i ta się sprawdzi.


Ona powinna dosypać łyżeczkę soli. Uwielbia ten słodki smak przełamany słonym kęsem! Prócz soczystego ciasta to właśnie kręci ją w brownies. Ale tym razem pożytek robi z czekoladowej soli, dla której nie potrafi znaleźć innego zastosowania. Tu ten dziwny produkt sprawdza się idealnie!


Ona niby przypadkiem zanurza zbyt małą łyżkę w cudownie lśniącym gęstym cieście. Gdy ta wpada jej w ciastowe odmęty, Ona z szelmowskim uśmiechem ratuje ją przed pójściem na dno i z lubością pożera pozostawione na niej resztki drogocennego ciasta.

Przychodzi czas na kawałki czekolady, które Ona wrzuca i lekko miesza w misce.


Ona wylewa ciasto na blachę. I wkłada do piekarnika. Przepisowe 25 minut przedłuża do 35, bo zagaduje się z Nim gdzieś pod Szczyrkiem.

 

Brown.. ies..
Brownies...
Ta o ile lepsza, bo zagraniczna nazwa czekoladowego ciasta brzmi troszkę jak ono samo - rozpływające się w ustach, słodkie uosobienie kakaowej magii.
No taki Brown.. James Brown!;)


Ona wcina kawałek i.. czuje się wybornie! Są powody do... nucenia;)



P.S. Jeśli ona natychmiast nie wskoczy do łóżka, istnieje spore prawdopodobieństwo, że ciasto, które ma zawieść jutro do pracy na okoliczność urodzin, zostanie pożarte. Nie na żarty!
Dobranoc więc!

Przepis bierze udział w akcji: