czwartek, 25 sierpnia 2011

Pieruńsko ostre leczo

Tak, leczo to idealne danie na jesienno-zimowy wieczór. Ona pomyślała, że burze nie ustąpią i słońce już nie powróci. Gdy w ukropie wracała do domu na obiad, pomyślała jednak, że nie na deszcz a na lejący się po czole pot ją w kościach łupało. A skoro leczo już gotowe było, to zjeść je należało. W polskim domu nic się zmarnować nie może!

Składniki (3 spore porcje)
1 średniej wielkości cukinia
2 duże papryki
1 cebula
1 laska kiełbasy
2 łyżki przecieru pomidorowego
2 papryczki piri-piri (bez pestek)
sól, pieprz, olej

No i byłoby tak, gdyby ona jedną ręką i nogą lodówki myć nie postanowiła. Do roboty zaciągnęła więc jego. On cebulkę ciach ciach ciach i garnka (na olej) trach. Ona myje lodówkowe półki, a on kroi kiełbaskę, którą potem na patelni przesmaża.Ona obiera paprykę nowo odkrytym sposobem Godrona Ramsey'a tylko z dużo lepszym efektem no i z mniejszą liczbą zmarszczek.



Ona kroi z zacięciem paprykę zieloną i czerwoną, On miesza w garach i doprawia cebulę. Dorzucają paprykę do garnka i duszą na małym ogniu. On kroi cukinię (ze skórką) w kostkę, ona dolewa wody (ok. 3/4 szklanki) do garnka. Czekają, aż papryka zmięknie, wyjadając smakołyki z czystej na glanz lodówki. On dorzuca cukinię. Mija jakieś 10 minut i 3 półki w lodówce.
Potem następuje czas na mieszanie, dodawanie przecieru, a na sam koniec - kiełbaski i gotowanie ok. 10 min. W tym czasie, ona niczym bajkowa małpa jest już w kąpieli.


Papryczkę, nieco soli i pieprzu On dodaje następnego dnia po południu. Potem Ona nie może gębuli zamknąć, tak ją parzy od tych przypraw. On niewzruszony łasi się po dokładkę. Wszak porcje trz a ich dwoje;) Nie może się zmarnować!




Przepis bierze udział w akcjach:

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Rybka z Kątów

Do kolacji Ona i On siadają od wielkiego dzwonu. Nie, żeby wszystkie tak ochoczo wrogom oddawali, jak dietetycy nakazują, czy dźwięk kościelnych bić rzadko do nich dochodził. Wolą raczej obiadokolacją o wcześniejszej porze się pożywić. Ale samotnym, o odrobinę troski zabiegającym rybkom odmówić dziś nie mogli. Szczególnie, że z samych Kątów Rybackich drogę przebyły. A to wiadomo - pod prąd, w korkach i bez poślizgu - nie jest łatwo! A rybie wędzonej szczególnie!

Tak więc Ona i On wciągali dziś zgodnie z ruchem wskazówek zegara: tuńczyka (kruchy, suchy, intensywny, do sałatki idealny), śledzia na zimno (kruchy, słony, wyśmienity), śledzia na ciepło (wędzonego, rzecz jasna, bo prosto z lodówki - smaczny, ciągnący się, o intensywnym zapachu), maślanę (zdecydowanego faworyta: rozpływającą się w ustach rybną rozkosz!), na chlebku kończąc.


I już im się marzy kolejna taka kolacja. Więc do Wisły hop i nad samo morze!

Słodko-mdlący smak znad morza

Być latem nad morzem i nie zjeść rybki? Można, naprawdę! (choć być zimą nad morzem i rybki nie zjeść to już grzech - ale o tym kiedyś:)) I niech ją i jego od czci i wiary odsądzają! Lepszą panierkę niż w niejednej pełnej turystów i tony frytek smażalni robi mama, a i tak ryba z pary lub spod orzechowej pierzynki przebija wszystkie przygotowywane na szybko w kurortach, zresztą często swojej ceny niewarte.

Ale być latem nad morzem i gofra nie pochłonąć? To już woła o pomstę do nieba!;) A że Ona i On odwiedzili wczoraj Krynicę Morską, przerzucanie się w boku na bok i próbę własnego boczku wytopienia zakończyli takim  właśnie deserem. Ze śmietaną i jagodową frużeliną rzecz jasna. Kaloryczne i słodkie to pieruństwo aż mdli z lekka. Ale smakuje wybornie. Co zaświadczają fotografie już jedynie fragmentu tej pyszności.



Takie gofry to doskonały element tradycyjnej kuchni. Przynajmniej ich kuchni. Dla niego i dla niej taki gofr to przecież mały zwyczaj, na który pozwalają sobie rzadko. Ostatnie obżarstwo też udokumentowali - dwa lata temu, także w Krynicy. Także jedzone w pośpiechu na ulicy, także z czarujących papierowych tacek, które sprawiają, że nie wiadomo, czy wgryzać się w nie, czy w gofra może. No i u niego inny owoc - do tego polany sosem toffi. Temu to już nawet Ona nie dała rady.

  

sobota, 20 sierpnia 2011

Dzień pełen smaku

Jaka pamiątka z Gruczna świadczy o powodzeniu Festiwalu Smaku? Tysiące kalorii pochowane po nabrzusznych, udowych i pupę pięknie kształtujących fałdkach oraz w koszach z jedzeniowymi niespodziankami wywożonymi do domu;)
Ona i On zaopatrzyli się w nie. Będą spalać je chyba do przyszłorocznej imprezy;)


Pierwsze "Smacznego" powiedzieli sobie przy biłgorajskim pirogu. Pirogu z samej Lubelszczyzny, który okolicznych, kujawsko-pomorskich pierogów w żaden sposób nie przypomina. Szybciej pasztet w cieście, który Jej mama kiedyś robiła - przepyszny! Ale jeśli nawet przypomina, to jedynie wyglądem, bo smak tu nietypowy. Konkretny, ale delikatny. Danie to pod przyrumienioną drożdżową skorupką skrywa mieszankę gotowanych ziemniaków i gryczanej kaszy. Dodatkiem jest tu klaps kwaśnej śmietany.
Pominąć należy podanie na tekturowej tacce, bo z niej - zamiennie z plastikową zastawą - w Grucznie pochłania się wszystko z... wielkim apetytem (no... może za wyjątkiem pyrów z gzikiem na jednym ze stanowisk - serwowane na liściu kapusty - stylowo!).



Oboje kaszę gryczaną uwielbiają. Pyszne ciasto. Podanie na ciepło - na plus. - Ale mimo podgrzania aż chciałoby się zjeść takiego piróga na świeżo, prosto z pieca - mówi On. - I szkoda, że takiego kawałka nie zwięczył równie słuszny kawał boczku - na pewno całość byłaby bardziej soczysta - dodaje.Ale wiadomo: tradycja, to tradycja i piróg wyglądać musi jak biłgorajskie cudo, a nie jakaś wielkopańska wariacja.

Dalej przyszedł czas na wędrówkę na południe: w samiuśkie góry, hej! A tam gorącego oscypka podarować sobie nie mogli. Zgrillowany, podany z żurawiną wyglądał całkiem apetycznie.



Ona i On wędzony ser uwielbiają, ten zapach i gumową, piszczącą między zębami skórkę. Podany na ciepło w takiej formie był na nich nowością. Szkoda tylko, że żurawina przypominała raczej frużelinę dodawaną do nadmorskich gofrów, a nie dobry owoc. Zresztą ser tak smaczny, że dodatek zbędny. Dużo lepiej pasowałyby do niego wiszące nieopodal koronkowe stringi z Koniakowa. 

Regionalne piwa to jego konik, dlatego do browaru Amber zachodził, gdy tylko malała tam kolejka. Po Koźlaka i Ambra. No pyszności. No... chlup! 


Ona przejęła dziś stery, więc sięgnąć mogła jedynie po ulubiony kwas. Rycerski z posmakiem goryczki na stoisku bydgoskiego Caritasu świetnie ugasił pragnienie.



Później wybrali się, by uzupełnić domowe zapasy oleju z Góry św. Wawrzyńca. Od dawna już gości on w ich kuchni. Tym razem skusili się nie tylko na butelczynę, ale i na degustację, którą polecała Grupa Trzymająca Olej.


Ziemniak w mundurku, olej (także w wersji z wyciśniętym czosnkiem) i sól jednak im nie zasmakował. - Niedogotowane - skwitowała ona. - To wina ziemniaków - oznajmił on. Bo olej doskonały - jak zwykle!

Jedzeniowy festiwal nie mógł się obejść bez pajdy chleba ze smalcem. Oto i ona, maleńka taka, niepozorna. Sporo soli i pieprzu, którymi on doprawił całość nadała właściwy smak. - Chleb świetny, ale maminy smalec lepszy - oznajmiła Ona.


Sok, na który trafili później nie wyglądał apetycznie. Niczym wyciąg ze Shreka.


Kubek soku z pietruszki, melisy i cytryny był niesamowity! Absolutnie nietypowy, orzeźwiający i smaczny. Juz planują zrobić jego domową wersję!

Po drodze spróbowali jeszcze półgęska, ona przypomniała sobie smak doskonałej konfitury z marchwi, zakupili świetne patisony Pana Piotra, uszczknęli korycińskiego sera, poznali smaki włoskiej oliwy i powalający ich jak zwykle doskonały smak suszonych greckich pomidorów. - I czemu tego wszystkiego nie można dostać na co dzień w sklepach? - zapytał On. - Widać, jakie ma to wzięcie. Nawet wędliny i ryby, którym winduje się ceny. Straszna szkoda.

Potem przyszedł czas na...lody!
Lody! Lody! Komu lody?
No... Ona na pewno nie odmówi;)


Czekoladowe lody z Koronowa to był smak dzieciństwa zanurzony w wielkich stylowych termosach. On z kolei zachwycony był śmietanową wersją lodowej kuli. Panu niestety nie udało się skraść uśmiechu (ani termosów;)) - Talent niezwykły - skwitowali oboje.

Kiełbasa chodziła za nim pod początku. Ładnie przyrumieniona zerkała kusząco z paru rozgrzanych rusztów, świeżutka - dopiero co ułożona na grillu błagała o wybawienie. On jednak skusił się na wędzoną kiełbę od Mądrego. A Mądry nie w ciemię bity! Kiełbasa doskonała! Soczysta, świetnie doprawiona. Była doskonałym zwieńczeniem Festiwalu. Mniam...

środa, 17 sierpnia 2011

Świdry makaronowe z cukinią

Przepisy z gazet dzielą się na następujące kategorie (oprócz oczywiście tego z których gazet pochodzą np. kremówka siostry Marty z ND lub karp po żydowsku z GW):
- wymyślne dziwadła, zawierające składniki których nazwy się nikomu z niczym nie kojarzą, czym nie wzbudzają apatytu. Często prezentowane są tak, że trudno je odróżnić od reszty nakrycia.
- przepisy ciekawe, ale raz przygotowane trafiają w niebyt,
- przepisy proste, smaczne i tanie, które trafiają na stałe do domowego menu. Właśnie taki opiszemy poniżej.
Świdry makaronowe z cukinią.
W sezonie cukniowym, w czasie kiedy człowiek patrzy co tu w jego ogrodzie nadaje się na talerz, danie to jest strzałem w 10.

Składniki (dwie głodne osoby):


makaron świdry 300 g
średnia cukinia
trzy ząbki czosnku
pieprz
sól
śmietana 18%
suszone chili

Przygotowanie
Cukinię na tarce zetrzeć, odcisnąć część wody, wrzucić na rozgrzaną patelnię z czosnkiem posiekanym. Smażymy 10 min na wolnym ogniu.

Zestawiamy z ognia, dodajemy 2 łyżki śmietany, doprawiamy pieprzem i solą.


Wstawiamy z powrotem na ogień, dodajemy ugotowany makaron. Mieszamy.



Gotowe. Na talerzu według uznania posypać płatkami suszonego chili (genialne połączenie).
Smacznego! Nasze nr 1 w sezonie cukiniowym.



Ona dodaje:
Wyśmienitą całość przygotował On - jej nr 1 w kuchni!


Przepis bierze udział w akcjach









poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Babka w realu

Ona i On owoce uwielbiają. Ostatnio szczególnie w formie babeczek, a właściwie muffinek, pod którą to nazwą dotarły do Nich z Brytyjskich Wysp. Wiśnie w czekoladowym cieście, a maliny - w lekkim, wanilinowym. Tym razem napatoczyła się garść jeżyn.


A że owoce i warzywa należy zjadać 5 razy dziennie, to dla dwojga 10 sztuk muffinek będzie jak znalazł, prawda?


Składniki (10-12 szt.)
300 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
160 g cukru
8 g cukru wanilinowego
2 jaja
170 ml mleka
140 g masła/margaryny
garść owoców, np. jeżyn

Przygotowanie
On jako mały chłopiec przemierza czarno-biały las, by uratować zaginioną siostrę. Ona w rondlu topi margarynę i z szafy wyciąga dwie miski. Do pierwszej wsypuje mąkę, proszek i cukier, w drugiej rozbija jaja, dolewa mleka i... czeka, by margaryna ostygła, bo za gorąca sprawi, że się jaja zetną i nici ze słodkich babeczek.
Grzeje więc piekarnik, który - jakiej by mu temperatury nie ustawić, zawsze dojdzie do 200 st. C. Gdy margaryna osiąga temperaturę, ogólnie rzecz biorąc, w palec nie parzącą, Ona dolewa ją do miski nr 2, po czym całą jej zawartość łączy z sypkimi produktami, delikatnie mieszając.
On jako mały chłopiec daje się omotać w pułapkę wielkiemu pająkowi. Grę zaczyna więc od nowa. Tymczasem Ona do ciasta dorzuca jeżyny i miesza, grudkami się nie przejmując - ważniejsza jest przecież, ot, choćby kwestia pokoju na świecie! Przekłada ciasto do foremek, na górę kładzie po jednym dodatkowym owocu, choć dobrze wie, że i tak zaginie on w akcji.


Całość wkłada do piekarnika na 20 min.
Po tym czasie zerka na blade lica muffinek i pakuje je z powrotem na opalającą 10-minutową sesję w piekarniku.
Po tym czasie On zmęczony przemierzaniem czarno-białego komputerowego świata sięga po gorącą jeszcze babeczkę. Całkiem realną.

Zasadź się na jaja

Zasadzić się na owoc kogucich i kurzych harców jest banalnie prosto. W teorii. W praktyce wszystko może pójść nie tak. Ale nie Jemu. Sadzone jajko w świąteczny poranek to szybkie i treściwe śniadanie, które On przygotowuje po mistrzowsku.

Składniki
2 jaja
łyżka masła
sól gruboziarnista z samego Ciechocinka (i tylko sól:))
szczypiorek co na parapecie rósł

Przygotowanie
Ona... ach... Ona się do kuchni nawet nie wybiera. Stuk... stuk... stuk... klik... klik... klik... uderza tylko rano z prędkością karabinu maszynowego w klawiaturę komputera nadrabiając piętrzące się zaległości.
Kuchnię zdobywa On. Na małej patelni topi masło i rozbija w każdej z jej połówek jedno jajo. Dodaje soli, pokrojony szczypiorek i czuwa na biegiem wydarzeń. Jaja bowiem niezwykle mocno garną się ku sobie, więc w  odpowiednim momencie, gdy za bardzo napierają siebie na patelni - oddziela im od siebie drogę.
Po paru chwilach, gdy białko się ścina, a żółtko tworzy jeszcze piękną kulę...


 ...do kuchni wparowuje Ona...


...i migiem pochłania. Co? No jajco!

Zasmakowało Ci? Zagłosuj i wygraj bony do Duki: http://www.kulinarnyblogroku.pl/przepisy/pokaz/?id=635

niedziela, 14 sierpnia 2011

Primus inter jajes

Ona była kiedyś na koloniach w Związku Radzieckim. Choć te 3 tygodnie rozłąki kiedyś ją przerażały, teraz wspomina ten czas z rozrzewnieniem, szczególnie żółto-turkusowy dres prany mydłem w grodzieńskiej umywalce, pierwszy obejrzany w oryginale angielski film o kosmitach, dwa jamniki przewożone dalekiej ciotce za granicę, barszcz z uszkami jedzony niedaleko Ostrej Bramy i zakupioną na targu kolorową matrioszkę.

Teraz matrioszki Ona nosi w postaci kolczyków, nabyte kiedyś drogą kupna skarpetki z głową Lenina ciągle czekają na pojawienie się w godnym towarzystwie, a w dres wskakuje co najwyżej podczas harców na działce - i to na pewno nie taki żółtego koloru.

Za to On jest radziecką kulturą zachwycony - nooo... może tą kulturą w kuchni... Zakupił bowiem całkiem niedawno kuchenkę Primus, rok produkcji 1970 któryś - Primus, nie On.



I nagle okazało się, że można się zakochać nie tylko w kobiecych, ale i bardziej kanciastych kształtach, że można z lubością wsłuchiwać się w dźwięki przypominające puszczanie bąków, że można polubić towarzysza zalatującego alkoholem i wreszcie - znosić, gdy płeć (nooo... choćby teoretycznie) piękna coś przypali. Taką na przykład jajecznicę. Troszku tylko.

Składniki
5-7 jaj
pół laski dowolnej kiełbaski/szynki/boczku
szczypiorek
sól, pieprz

Przygotowanie
Ona powoli dopija w słońcu kawkę, wylegując się na kocyku. On na trawce przygotowuje palenisko;) Nagle - gwizd! Nagle - świst! Paliwko - buch! Primus - idzie w ruch! Ona zrywa się z koca, by kiełbę pokroić drobno. On dorzuca mięsiwo. A gdy to się przyrumienia, On jaja na nie wrzuca, solą i pieprzem posypuje, mieszając energicznie.


Ona po ogrodzie biega w poszukiwaniu szczypiorku. Kroi go i jajecznicę nim zazielenia.



Gdy ona kawę kończy, za krojenie pomidorów i ogórków małosolnych się bierze - nie samą jajecznicą przecież człowiek żyje! Gdy jaja się zetną, Ona i On do stołu siądą, śniadać będą. Czas przygotowania: 15 min., czas jedzenia: minut 7;)



I dobrze widać - jajecznica długo z nimi nie zostanie. On - jako kucharz dnia dostanie jeszcze order uśmiechu (by naczynia pozmywać;))


Tę patelnię szczególnie;)


Ten przepis bierze udział w akcji:

sobota, 13 sierpnia 2011

Kaszka manna ze swojską kiełbasą

Brzmi nieapetycznie? Tylko, jeśli dacie się zwieść napisowi na niepozornym słoiczku. Ach, oczywiście: tradycyjna receptura zachowana, ale przy wyrobie zgoła innego smakołyku. Bo dzisiejsza kiełbasa swojska to nic innego jak wiśnie prosto z przydomowego ogródka. Gęste, ze słodkim niczym syrop sosem idealnie pasują do kaszki.

A kaszka manna to najlepsza propozycja na sobotnie śniadanie. Gwoli wyjaśnienia: zajadamy się nią mimo daaaawno już ukończonych 3 lat;)
Sycąca ale lekka. Ciepła ale nie rozgrzewa na tyle, by letni poranek stał się nieznośny. Tylko nieco słodka, fantastycznie leniwie jedzona.

Oto i ona:

Składniki (na 2 porcje)
nieco ponad 0,5  litra mleka (sięgając po półprocentowe udajemy, że całe śniadanie też ma tyle kalorii;))
łyżeczka miodu/cukru
ok. 20 łyżek kaszki
kilka łyżek wiśni (surowych, w syropie, równie smaczne są inne owoce lub gęste soki)

Przygotowanie
On zaczytuje się w porannych felietonach publicystycznych. Ona krząta po kuchni. Zaczyna od zagrzania mleka. Stara się bardzo, gdyż przy każdej próbie dno rondla opala w coraz większym procencie. A i tym razem tradycji musi stać się zadość. Oczywiście wmawia potem wcinającym danie, że nie miałoby ono tak zachwycającego smaku, gdyby nie ta spalenizna;)
Do gotującego się mleka Ona wlewa łyżeczkę miodu. Miesza zaciekle trzepaczką do jaj (trzepaczka do dywanów zdecydowanie się nie sprawdza). Wsypuje kaszkę. W tajemnicy przyznaje, że nie odmierza. Czasem wspomniane w przepisie 20 łyżek to za mało. Dobrze wie, że wszystko zależy od gustu, np. On lubi kaszkę, którą można byłoby nożem kroić. Ona sama nie tak zatwardziałą. Miesza do uzyskania ulubionej konsystencji. Rozlewa do misek. Otwiera słoik z kiełbasą...


 ...i nakłada do miseczek. Jedna samotna zabłąkana wisienka brudzi pidżamkę. Śniadanie gotowe. On zwietrzył już jedzonko i przybywa ochoczo.


Tak więc czas przygotowania: ok. 10 min.

Pierwsze zanurzenie łyżki niezmiennie kończy się oparzonymi jęzorami. Później jest lepiej. Zawsze zaglądają sobie do misek: które zje szybciej, czy choć raz któreś zmieni technikę jedzenia. Bo od dawna Ona i On reprezentują różne kaszkowe obozy. Ona nabiera kaszkę od brzegów, łyżkę zwieńczając choć odrobiną owocu, każdym kęsem zbliżając się do środka - królestwa słodkiego dodatku. On kaszkę miesza, tworząc barwną ciapę. Bo można i tak. Mmmm.. Dobrze, że kaszka to też idealne śniadanie na niedzielny poranek. A ten - już jutro!


Ten przepis bierze udział w akcji: