Jej się tak długo u doktorów z globusem i lumbago zasiedziało, że z włoskiej knajpki nic nie wyszło. Alternatywą był Chińczyk, Wietnamczyk właściwie. Taki, że z zewnątrz niektórym strach wejść. Smok ogniem zionie w jednej z bocznych uliczek skutecznie odstraszając brakiem okien, toaletą na zewnątrz i trochę zapomnianym wystrojem.
No strach. Ale w środku - niebo w gębie! Ona i On lokal znają od dawna. Nieraz się tu żywili, co elegantszym znajomym odradzając odwiedziny - a co, więcej smakowitości dla nich będzie, prawda?
- Sanepid!! - krzyknął pan na wejście, wywołując uroczą właścicielkę zza lady. - Kontrola! I zupa na miejscu, a na wynos: sajgonki, kurczak ten co zwykle i makaron...
To trzeba przyznać: miejsce ma niepowtarzalny urok: wiklinowe parawany, okna brak, w akwarium rybki polecają filety, które znaleźć można w menu, na stole lądują naczynia - każde z innej parafii, a na tyłach toalety ogródek z ziołami - tylko dla dobrych (i odważnych) znajomych właściciela - pieruńsko ostre zioła z samego Wietnamu. Niektórym smakują środkiem do czyszczenia toalet.
Ona zamawia kurczaka w kokosie, On kaczkę pikantno-kwaśną. A do tego herbatę jaśminową i po sajgonce. Przemiła właścicielka przyjmuje zamówienie, zderza się z parawanem, po czym uśmiecha uroczo. On najnowszą rubrykę tamtejszego "Faktu" poczytuje, Ona kilka około festiwalowych plotek po kablu wymienia.
A tymczasem na zapleczu wrze. Nie mijają 2 minuty, gdy na stole ląduje jaśminowa herbata w chińskiej porcelanie z 3 rożnych dynastii.
To zdecydowanie najlepszy napój w menu (noo.. może obok rewelacyjnego piwa z kija i w uroczych pintach podawanego). Ale jak na powyższym zdjęciu widać, Ona nie ma cierpliwości, by czekać aż czaj się zaparzy i łyka słomkowy napój wargi parząc.
Nie mija kolejne 12 minut i na stole lądują sajgonki plus sos sojowy z dodatkiem czosnku. To danie przypomina zafoliowane fragmenty przemarzniętych w chłodni kończyny, ale smakuje całkiem całkiem.
Czas jednak na gwóźdź wieczoru do jej nadwagowej trumny: kurczak w kokosie z surówką i ryżem (dwa ostatnie elementy dodawane są do każdego dania - jakby z szablonu robione - zawsze smakują tak samo. Do tego słodko-kwaśny sos. Na ciepło!
Gdyby Ona nie tak głodna lub chciwa była, podzieliłaby się z Nim daniem, a tak.. On ledwie kuleczki skubnął... bidulek...
Bidulek? Zaprzeczycie, gdy zobaczycie jego kaczkę. Wypieczoną, ostrą, pachnącą, co prawda w sosie ze standardową mieszanką warzyw jednak dobrze doprawioną, kruchą i soczystą (pisze to Ona, która odmówić sobie spróbowania nie mogła).
Potem już tylko ucztowali. I na spektaklu po brzuchach się gładzili. Do czasu, gdy na finał przedstawienia Ona ataku kaszlu dostała. A może to jej kurczak kością w gardle stanął?
No Sajgon bajeczny! Ale tylko dla wtajemniczonych... Ciii...
wtorek, 4 października 2011
Dolewka rosołu
To trzeba powiedzieć głośno: jak już Ona i On wezmą się za zupę, to narobią gar na pół rodziny. I jak na złość nikt ich wtedy odwiedzić nie chce.
Jedzą więc raz, jedzą drugi... Kombinują, jak by tu śladem stołówek zupę przerobić to na jarzynową, to na pomidorową czy krupnik.
Dziś wypada trzeci dzień z rzędu na pyszny rosół, więc Ona i On postanowili... odświeżyć wspomnienia w pewnej cudnej włoskiej knajpce. On zaprasza już od miesiąca i ciągle się nie składa. Dziś okazja zdaje się być idealna.
Ale idą tam z duszą na ramieniu, bo przemiłych wspomnień mają tyle, że gdyby je na rosół przerobić, to byłoby ich na dużo więcej niż jeden garnek. Jedli już tam zapiekane pierożki z mięsem w sosie pomidorowym, szynkę, sałatki, steki, zupę pomidorową, pizze niezliczone, pierożki pesto z rukolą, zapiekane gruszki, tiramisu i... ach.. długo by wymieniać, śliniąc się na samą myśl... Ale nie byli dawno, a zazwyczaj, gdy przyjazne miejsce odwiedzają po długim czasie, okazuje się, że a to menu nowe, a to kucharz inny, a to ulubionego soku nie ma i nawet widok z okna już tak nie cieszy. Zrobią więc wielki test.
Ale... jeśli coś im nie zasmakuje, to wrócą do domu. Na rosół. On towarzystwem ukochanej Marii też nie pogardzi.
Jedzą więc raz, jedzą drugi... Kombinują, jak by tu śladem stołówek zupę przerobić to na jarzynową, to na pomidorową czy krupnik.
Dziś wypada trzeci dzień z rzędu na pyszny rosół, więc Ona i On postanowili... odświeżyć wspomnienia w pewnej cudnej włoskiej knajpce. On zaprasza już od miesiąca i ciągle się nie składa. Dziś okazja zdaje się być idealna.
Ale idą tam z duszą na ramieniu, bo przemiłych wspomnień mają tyle, że gdyby je na rosół przerobić, to byłoby ich na dużo więcej niż jeden garnek. Jedli już tam zapiekane pierożki z mięsem w sosie pomidorowym, szynkę, sałatki, steki, zupę pomidorową, pizze niezliczone, pierożki pesto z rukolą, zapiekane gruszki, tiramisu i... ach.. długo by wymieniać, śliniąc się na samą myśl... Ale nie byli dawno, a zazwyczaj, gdy przyjazne miejsce odwiedzają po długim czasie, okazuje się, że a to menu nowe, a to kucharz inny, a to ulubionego soku nie ma i nawet widok z okna już tak nie cieszy. Zrobią więc wielki test.
Ale... jeśli coś im nie zasmakuje, to wrócą do domu. Na rosół. On towarzystwem ukochanej Marii też nie pogardzi.
niedziela, 2 października 2011
Niedzielny rosół
Dwa tygodnie temu Ją złapało ostre przeziębienie, tydzień temu złapało Jego. A że w rodzinie nic nie ginie, to jak Jemu przeszło to już na Nią. Więc Ona od wczoraj psika, kicha, kaszle i gorączkuje - można to sprawdzać z kalendarzem: co roku w porze pewnego teatralnego festiwalu Ona jest chora.
A co jest najlepsze na przeziębienie prócz ciepłego łóżka? Rosół!
Składniki
skrzydło indyka
3 marchwie
2 pietruszki
1/2 selera
cebula
sól, pieprz w kulkach, ziele angielskie, liść laurowy
woda
dodatkowo
makaron
natka pietruszki
A że... miała Ona indora, indora, indora... wsadziła go dowora, do gara. Leż!
To było wielkie skrzydło, które Ona w największym garze zalała wodą. Nim do wrzenia doprowadziła, jeszcze osoliła, przypraw dorzuciła i poszła sobie. Wróciła, gdy zawrzało, by szumowiny zdjąć i gaz pod garnkiem zmniejszyć.
W tym czasie On walczył z kamieniem, prawie jak Syzyf, z tym, że w łazience i kuchni a nie w zapomnianym micie - przy kranie.
Ona warzywa obrała i w dość dużych częściach wrzuciła do zupy. Cebulę na suchej patelni przysmażyła i wrzuciła do rosołu (dla koloru). A potem przez jakieś 45 min. gotowała. I smakowała, bo długo pewna nie była, czy to już ten smak. Soli poszło sporo, pieprzu też.
Wreszcie On makaron ugotował. Rosołu nalał, pokrojoną w plastry marchewką z zupy i natką pietruszki przystroił. Prawdziwy domowy rosół zawędrował na stół.
On, który rosół nazywał przez lata wodą z tłuszczem i nie doceniał jego delikatnego i magicznego smaku, zazwyczaj zalewał go maggi i zasypywał pieprzem. Tym razem dodatków nie użył aż tak dużo;)
Gdyby nie fakt, że wieczór zapowiada się teatralnie, wskoczyliby pod koc wygrzać się do reszty.
Przepis bierze udział w akcji:
A co jest najlepsze na przeziębienie prócz ciepłego łóżka? Rosół!
Składniki
skrzydło indyka
3 marchwie
2 pietruszki
1/2 selera
cebula
sól, pieprz w kulkach, ziele angielskie, liść laurowy
woda
dodatkowo
makaron
natka pietruszki
A że... miała Ona indora, indora, indora... wsadziła go do
To było wielkie skrzydło, które Ona w największym garze zalała wodą. Nim do wrzenia doprowadziła, jeszcze osoliła, przypraw dorzuciła i poszła sobie. Wróciła, gdy zawrzało, by szumowiny zdjąć i gaz pod garnkiem zmniejszyć.
W tym czasie On walczył z kamieniem, prawie jak Syzyf, z tym, że w łazience i kuchni a nie w zapomnianym micie - przy kranie.
Ona warzywa obrała i w dość dużych częściach wrzuciła do zupy. Cebulę na suchej patelni przysmażyła i wrzuciła do rosołu (dla koloru). A potem przez jakieś 45 min. gotowała. I smakowała, bo długo pewna nie była, czy to już ten smak. Soli poszło sporo, pieprzu też.
Wreszcie On makaron ugotował. Rosołu nalał, pokrojoną w plastry marchewką z zupy i natką pietruszki przystroił. Prawdziwy domowy rosół zawędrował na stół.
On, który rosół nazywał przez lata wodą z tłuszczem i nie doceniał jego delikatnego i magicznego smaku, zazwyczaj zalewał go maggi i zasypywał pieprzem. Tym razem dodatków nie użył aż tak dużo;)
Gdyby nie fakt, że wieczór zapowiada się teatralnie, wskoczyliby pod koc wygrzać się do reszty.
Przepis bierze udział w akcji:
sobota, 1 października 2011
Fasolka - piekielne niebo w gębie!
Gdyby apetyt na ostre mógłby wskazywać na ciążę, On spodziewałby się co najmniej pięcioraczków. Ostatnio do wszystkiego dodaje ostrych węgierskich past, piekielnych gruzińskich sosów, chińskimi cieczami wypalającymi gardło polewa dania, do których dodaje piri piri, chili i jalapeno.
Ona miała na oku masłową zieloną fasolkę. I chęć na nią. Szukała jednak przepisu na jej wersję pozbawioną dodatku w postaci tradycyjnej tartej bułki. Raz miało być inaczej. A że w pamięci miała Jego smak na ostre, skorzystała z przepisu na fasolkę z chili, który jak zwykle przerobiła po swojemu;)
Składniki
1/2 kg fasolki masłowej (lub szparagowej zielonej)
4 ząbki czosnku
2 łyżeczki miodu
2 łyżeczki suszonego chili
3 łyżki sezamu
2 łyżki poszatkowanego szczypiorku
olej
sól
Fasolkę Ona ugotowała w osolonej wodzie. Na patelni rozgrzała olej i wrzuciła warzywa. Dodała resztę składników i wymieszała. Po 7 minutach przełożyła na talerz i zjadła. Równie ekspresowo, choć buzię Jej prawie wypaliło. On był zachwycony. I to nie tym, że Ona przez parę minut mówić nie mogła, ale dlatego że tak mu smakowało;)
Wczoraj Ona kupiła zieloną fasolkę szparagową. Zgadnijcie, co Ona i On zjedzą dziś na obiad;)
Ten przepis bierze udział w akcji:
Ona miała na oku masłową zieloną fasolkę. I chęć na nią. Szukała jednak przepisu na jej wersję pozbawioną dodatku w postaci tradycyjnej tartej bułki. Raz miało być inaczej. A że w pamięci miała Jego smak na ostre, skorzystała z przepisu na fasolkę z chili, który jak zwykle przerobiła po swojemu;)
Składniki
1/2 kg fasolki masłowej (lub szparagowej zielonej)
4 ząbki czosnku
2 łyżeczki miodu
2 łyżeczki suszonego chili
3 łyżki sezamu
2 łyżki poszatkowanego szczypiorku
olej
sól
Fasolkę Ona ugotowała w osolonej wodzie. Na patelni rozgrzała olej i wrzuciła warzywa. Dodała resztę składników i wymieszała. Po 7 minutach przełożyła na talerz i zjadła. Równie ekspresowo, choć buzię Jej prawie wypaliło. On był zachwycony. I to nie tym, że Ona przez parę minut mówić nie mogła, ale dlatego że tak mu smakowało;)
Wczoraj Ona kupiła zieloną fasolkę szparagową. Zgadnijcie, co Ona i On zjedzą dziś na obiad;)
Ten przepis bierze udział w akcji:
czwartek, 29 września 2011
Snickers - idealny na imieniny!
Choć tytuł zwiastuje piekielnie słodkie ciacho, Jej wypiek wyszedł całkiem rozsądny: miodowo-orzechowy z budyniowym kremem i pięknym karmelem na górze. To ciasto łatwe w przygotowaniu, smaczne... nooo.. może nieco za twarde (trzeba było - jak w przepisie w piekarniku trzymać, a nie o kwadrans za długo piec;)) Takie idealne na dzisiejsze imieniny:)
Składniki
ciasto
1/2 kg mąki
1/2 kostki margaryny
1/2 szklanki cukru pudru
2 jaja
2 łyżeczki miodu
1 łyżeczka sody
polewa orzechowa
30 dag orzechów włoskich
1/2 kostki margaryny
2 łyżki miodu
1/2 szklanki cukru
krem
budyń waniliowy
1 szklanka mleka
On swoją zwierzynę karmił, gdy Ona wczoraj za ciasto się zabrała. Na początek jaja z cukrem ubiła, margarynę, miód i mąkę z sodą dodała i po otrzymaniu gładkiej masy - jej połowę na tortownicy wyłożyła i w rozgrzanym piekarniku 20 minut piekła. W tym czasie na patelni margarynę rozgrzała, miód i cukier dodała, a na koniec drobno pokrojone orzechy dorzuciła.
Gdy pierwsza partia ciasta się upiekła, na blasze rozłożyła drugą - tym razem, zwieńczając ją orzechową masą. I upiekła. Teraz już wie, że nie powinna była przekraczać 25 minut pieczenia;)
W kolejnym międzyczasie ugotowała budyń, ale na połowie, czyli szklance mleka.
Gotowe warstwy ciastem przełożyła. Oooo.. tak..
A efekt? Gdyby baterie nie wysiadły, a goście nie zjedli prawie całego (:)), pewnie Ona by go tu pokazała. A tak... pokaże jutro:) Na razie pogładzi się po brzuszku... Bo trzeba przyznać: wyszło nie najgorsze;)
Składniki
ciasto
1/2 kg mąki
1/2 kostki margaryny
1/2 szklanki cukru pudru
2 jaja
2 łyżeczki miodu
1 łyżeczka sody
polewa orzechowa
30 dag orzechów włoskich
1/2 kostki margaryny
2 łyżki miodu
1/2 szklanki cukru
krem
budyń waniliowy
1 szklanka mleka
On swoją zwierzynę karmił, gdy Ona wczoraj za ciasto się zabrała. Na początek jaja z cukrem ubiła, margarynę, miód i mąkę z sodą dodała i po otrzymaniu gładkiej masy - jej połowę na tortownicy wyłożyła i w rozgrzanym piekarniku 20 minut piekła. W tym czasie na patelni margarynę rozgrzała, miód i cukier dodała, a na koniec drobno pokrojone orzechy dorzuciła.
Gdy pierwsza partia ciasta się upiekła, na blasze rozłożyła drugą - tym razem, zwieńczając ją orzechową masą. I upiekła. Teraz już wie, że nie powinna była przekraczać 25 minut pieczenia;)
W kolejnym międzyczasie ugotowała budyń, ale na połowie, czyli szklance mleka.
Gotowe warstwy ciastem przełożyła. Oooo.. tak..
A efekt? Gdyby baterie nie wysiadły, a goście nie zjedli prawie całego (:)), pewnie Ona by go tu pokazała. A tak... pokaże jutro:) Na razie pogładzi się po brzuszku... Bo trzeba przyznać: wyszło nie najgorsze;)
Ona robi pierwsze pierogi. On się zajada
Ona i On wspomnieli dziś szybkim obiadem lato, które dopiero teraz - pod koniec września daje o sobie znać. I odejść nie chce. Z czeluści zamrażarki wyjęli pierogi, których ona kiedyś narobiła jak na szwadron wojska. I zjedli, choć żołnierze nie zdążyli nawet zapukać do drzwi;)
Ona wspomniała też pierwsze pierogów przygotowania. Zrobiła je tylko dlatego, by wykorzystać wiśnie, z którymi to nigdy wcześniej zresztą pierogów nie jadła, a których wcześniej w ogrodzie nazrywała - znów w ilościach hurtowych. Postanowiła więc zamknąć je w cieście i zjeść wkrótce z apetytem.
Składniki (na ok. 25 sztuk)
1/2 kg mąki
ok. 1,5 szklanki ciepłej wody
szczypta soli
wiśnie (po 2-3 sztuki na pieroga)
Ona składniki na ciasto wymieszała i rozwałkowała cienko. Wiśnie wydrylował On szybko tak, że Ona się nawet nie obejrzała. A nie obejrzała się, bo ciasto przecież wałkowała, szklanką kółka wycinała i na (od babci na gospodarstwo otrzymanej) maszynce do składania pierożków układała - ciasto, a dalej: wisienki. I trach - zamykała.
Wrzuciła je do lekko osolonego wrzątku i - gdy wypłynęły - wcinała z apetytem. Ze śmietaną, z cukrem. I z Nim rzecz jasna. Dokładnie tak, jak dziś.
Ona wspomniała też pierwsze pierogów przygotowania. Zrobiła je tylko dlatego, by wykorzystać wiśnie, z którymi to nigdy wcześniej zresztą pierogów nie jadła, a których wcześniej w ogrodzie nazrywała - znów w ilościach hurtowych. Postanowiła więc zamknąć je w cieście i zjeść wkrótce z apetytem.
Składniki (na ok. 25 sztuk)
1/2 kg mąki
ok. 1,5 szklanki ciepłej wody
szczypta soli
wiśnie (po 2-3 sztuki na pieroga)
Ona składniki na ciasto wymieszała i rozwałkowała cienko. Wiśnie wydrylował On szybko tak, że Ona się nawet nie obejrzała. A nie obejrzała się, bo ciasto przecież wałkowała, szklanką kółka wycinała i na (od babci na gospodarstwo otrzymanej) maszynce do składania pierożków układała - ciasto, a dalej: wisienki. I trach - zamykała.
Wrzuciła je do lekko osolonego wrzątku i - gdy wypłynęły - wcinała z apetytem. Ze śmietaną, z cukrem. I z Nim rzecz jasna. Dokładnie tak, jak dziś.
Przepis bierze udział w akcji
środa, 21 września 2011
Tarta szpinakowa z fetą. Lub bez
Ona zawsze słyszy: tarta? To takie trudne, tyle zachodu kosztuje i pracy. Puka się wtedy w głowę, do kuchni wybiera i robi: taką ze szpinakiem, z brokułami, z makrelą, botwinką, szprotkami a nawet po meksykańsku.
Ale ta ze szpinakiem jest najprostsza jest nr 1 w Jego i Jej kuchni.
Oto i zielony placek.
Składniki:
ciasto
300 g mąki żytniej
100 g mąki pszennej
4 łyżki oleju
wody - ile trzeba, by ciasto wyrobić
farsz
1 opakowanie szpinaku mrożonego
2 cebule dymki
3 ząbki czosnku
5 łyżek kwaśnej śmietany
łyżka masła
sól, pieprz
feta - dodatek (nie)zbędny
Ona zarabia ciasto ze składników, wałkuje cienko i na nasmarowaną tłuszczem i posypaną bułką tartą blachę wykłada. Nakłuwa gęsto widelcem i do rozgrzanego piekarnika na ok. 10 min wkłada.
Cebulkę szatkuje i na maśle szkli. Szpinak rozmrożony dodaje i gotuje. Sól, pieprz, wyciśnięty czosnek dodaje, a na koniec śmietanę. Dość gęstą całość na tarcie wykłada i na ok. 30 min. do pieca wkłada. Jeśli tylko chce, fetą obrzuca, nie wyzwiskami.
Zajada z białym winem.... On nigdy nie może się nadziwić, że tak szybko Jej to idzie, że tak smaczne i łatwe...
Przepis bierze udział w akcjach
Ale ta ze szpinakiem jest najprostsza jest nr 1 w Jego i Jej kuchni.
Oto i zielony placek.
Składniki:
ciasto
300 g mąki żytniej
100 g mąki pszennej
4 łyżki oleju
wody - ile trzeba, by ciasto wyrobić
farsz
1 opakowanie szpinaku mrożonego
2 cebule dymki
3 ząbki czosnku
5 łyżek kwaśnej śmietany
łyżka masła
sól, pieprz
feta - dodatek (nie)zbędny
Ona zarabia ciasto ze składników, wałkuje cienko i na nasmarowaną tłuszczem i posypaną bułką tartą blachę wykłada. Nakłuwa gęsto widelcem i do rozgrzanego piekarnika na ok. 10 min wkłada.
Cebulkę szatkuje i na maśle szkli. Szpinak rozmrożony dodaje i gotuje. Sól, pieprz, wyciśnięty czosnek dodaje, a na koniec śmietanę. Dość gęstą całość na tarcie wykłada i na ok. 30 min. do pieca wkłada. Jeśli tylko chce, fetą obrzuca, nie wyzwiskami.
Zajada z białym winem.... On nigdy nie może się nadziwić, że tak szybko Jej to idzie, że tak smaczne i łatwe...
Przepis bierze udział w akcjach
wtorek, 20 września 2011
Udka których żadna babka się nie powstydzi!
Ten wpis miał nie powstać, bo jak tu pisać o czymś tak smacznym jak udka kurczaka w miodowo-musztardowej glazurze bez zdjęć, które mogłyby sprawić, że czytającym pocieknie po brodzie ślinka? Bo zdjęć nie było.
Mięsiwo Ona przygotowywała, czekając na piątkowych urodzinowych gości, ale fotek zrobić nie zdążyła, bo danie z talerzy zniknęło, nim zdążyła obiektyw aparatu przetrzeć.
A udek kupiła 15. Wielkich! Ogromnych, a że sama musiała nieco mięso uporządkować (a tego bardzo nie lubi - wydaje wtedy z siebie dźwięki przypominające: "oooaghuuuułeee"), przy desce do krojenia przeżyła kryzys. Drugi - gdy po 40 min udka w brytfance się nie upiekły, a ugotowały. A goście byli przecież coraz bliżej...
Powyżej zdjęcie Jego dzieła - kulinarnego i fotograficznego, które na bloga z lenistwa chyba zawitać długi czas nie chciało. A może ze względu na anatomiczną budowę? Wszak udka skrzydełek nie mają, by tu przylecieć.
Jej uda były większe - wiadomo... kolejny powód do utyskiwań przed lustrem zawsze w cenie;) I pozbawione były pietruszki - bo choć świeżutka, poszatkowana czekała tylko na obsypanie, ona zapomniała o tym subtelnym akcencie. No gapa. No niezguła.
Ale do rzeczy. Przepis na udka pochodzi stąd. Zmniejszamy go do 4 udek dla 2 głodnych osób. Ona zje 3, On 1, gdy Ona się rozleniwi;)
Składniki
4 udka kurczaka
60 g miodu
2 łyżki musztardy francuskiej
2 łyżki musztardy Dijon
2 łyżki octu
1 łyżka oleju
sól i pieprz
natka pietruszki
Ona dzień wcześniej udka nacina w ok. 3 miejscach. Glazurą (musztardy+olej+ocet_przyprawy) smaruje i na noc do lodówki (w brytfance/żaroodpornym naczyniu wkłada). Odpowiednio wcześniej przed obiadem z sosu wyciąga, do naczynia pustego ponownie wkłada, po czym w piekarniku piecze ok. 45 min. mięsiwo przewracając i polewając często.
Na koniec gotowych udek (mmmm.. jak od kostek odchodzi, jak w ustach się rozpływa!) pietruszką nie posypuje. Z risotto podaje.
Goście - nawet ci, co za udkami nie przepadają - z apetytem wcinają kolację. Jej znów ślinka cieknie... Klawiaturę właśnie wyciera;)
Mięsiwo Ona przygotowywała, czekając na piątkowych urodzinowych gości, ale fotek zrobić nie zdążyła, bo danie z talerzy zniknęło, nim zdążyła obiektyw aparatu przetrzeć.
A udek kupiła 15. Wielkich! Ogromnych, a że sama musiała nieco mięso uporządkować (a tego bardzo nie lubi - wydaje wtedy z siebie dźwięki przypominające: "oooaghuuuułeee"), przy desce do krojenia przeżyła kryzys. Drugi - gdy po 40 min udka w brytfance się nie upiekły, a ugotowały. A goście byli przecież coraz bliżej...
Powyżej zdjęcie Jego dzieła - kulinarnego i fotograficznego, które na bloga z lenistwa chyba zawitać długi czas nie chciało. A może ze względu na anatomiczną budowę? Wszak udka skrzydełek nie mają, by tu przylecieć.
Jej uda były większe - wiadomo... kolejny powód do utyskiwań przed lustrem zawsze w cenie;) I pozbawione były pietruszki - bo choć świeżutka, poszatkowana czekała tylko na obsypanie, ona zapomniała o tym subtelnym akcencie. No gapa. No niezguła.
Ale do rzeczy. Przepis na udka pochodzi stąd. Zmniejszamy go do 4 udek dla 2 głodnych osób. Ona zje 3, On 1, gdy Ona się rozleniwi;)
Składniki
4 udka kurczaka
60 g miodu
2 łyżki musztardy francuskiej
2 łyżki musztardy Dijon
2 łyżki octu
1 łyżka oleju
sól i pieprz
natka pietruszki
Ona dzień wcześniej udka nacina w ok. 3 miejscach. Glazurą (musztardy+olej+ocet_przyprawy) smaruje i na noc do lodówki (w brytfance/żaroodpornym naczyniu wkłada). Odpowiednio wcześniej przed obiadem z sosu wyciąga, do naczynia pustego ponownie wkłada, po czym w piekarniku piecze ok. 45 min. mięsiwo przewracając i polewając często.
Na koniec gotowych udek (mmmm.. jak od kostek odchodzi, jak w ustach się rozpływa!) pietruszką nie posypuje. Z risotto podaje.
Goście - nawet ci, co za udkami nie przepadają - z apetytem wcinają kolację. Jej znów ślinka cieknie... Klawiaturę właśnie wyciera;)
niedziela, 18 września 2011
Trufla lepsza niż myślano
Ona w piątkowy wieczór padła. Na sobotnie przyjście gości przygotowała co następuje: zapiekane bakłażany, cudowne udka kurczaka w miodowo-musztardowej glazurze, leczo, muffinki (ale z pieczarkami), sałatkę z kapusty pekińskiej i z paluszkami krabowymi, czosnkowo-koperkowe masło do maminego chleba, tartę z borówkami, risotto, nieco słodkiego ryżu i po krzyżu. A na koniec ciacho z czekoladową truflą. Mama dorzuciła niezawodne klopsy, sałatkę z fasolki zielonej z octem, czekoladowy blok i bezowy tort. Gościom zdaje się smakowało:)
Czekoladowy tort miał być dla Jej brata, który tego samego dnia obchodzi urodziny (zresztą razem ze swoim bliźniakiem). Ona nie wierzyła, chwytając za książkę, że wyjdzie jej ciacho pokazowe - jak z obrazka. Znów jak lubi baaardzo czekoladowe. Ale wyszło nie najgorsze;) Oto przedostatni kawałek, któremu zdjęcie zrobiła wczoraj.
Składniki:
ciasto
75 g masła
75 g cukru
2 rozkłócone choć przyjaźnie do świata nastawione jaja
75 g mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
25 g kakao
50 g mielonych migdałów
masa truflowa:
350 g czekolady deserowej
100 g masła
300 ml śmietanki kremówki
75 g pokruszonych herbatników
Masło z cukrem zmiksowała, dodała jaja i mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia oraz kakao. O dodaniu zmielonych migdałów zapomniała. Wiek już nie ten;)
Całość na wysmarowaną margaryną i posypaną bułką tartą tortownicę wylała i do rozgrzanego piekarnika na 25 min wstawiła.
W tym czasie Ona masło w kąpieli wodnej rozpuściła, po czym czekoladę dodała, a na koniec kremówkę w całą sprawę wmieszała. Gdy masa przestygła, wstawiła ją do lodówki. Kiedy ciasto stygło, Ona masę wymieszała. Na koniec dosypała do niej herbatniki i zapomniane migdały. Całość wyłożyła na cieście...
i do lodówki wstawiła.
Rozkroiła w sobotę pełna obaw. Było doskonałe!
Czekoladowy tort miał być dla Jej brata, który tego samego dnia obchodzi urodziny (zresztą razem ze swoim bliźniakiem). Ona nie wierzyła, chwytając za książkę, że wyjdzie jej ciacho pokazowe - jak z obrazka. Znów jak lubi baaardzo czekoladowe. Ale wyszło nie najgorsze;) Oto przedostatni kawałek, któremu zdjęcie zrobiła wczoraj.
Składniki:
ciasto
75 g masła
75 g cukru
2 rozkłócone choć przyjaźnie do świata nastawione jaja
75 g mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
25 g kakao
50 g mielonych migdałów
masa truflowa:
350 g czekolady deserowej
100 g masła
300 ml śmietanki kremówki
75 g pokruszonych herbatników
Masło z cukrem zmiksowała, dodała jaja i mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia oraz kakao. O dodaniu zmielonych migdałów zapomniała. Wiek już nie ten;)
Całość na wysmarowaną margaryną i posypaną bułką tartą tortownicę wylała i do rozgrzanego piekarnika na 25 min wstawiła.
W tym czasie Ona masło w kąpieli wodnej rozpuściła, po czym czekoladę dodała, a na koniec kremówkę w całą sprawę wmieszała. Gdy masa przestygła, wstawiła ją do lodówki. Kiedy ciasto stygło, Ona masę wymieszała. Na koniec dosypała do niej herbatniki i zapomniane migdały. Całość wyłożyła na cieście...
i do lodówki wstawiła.
Rozkroiła w sobotę pełna obaw. Było doskonałe!
piątek, 16 września 2011
Nieładna ale smaczna - tarta z borówkami
Ona zrezygnowała wczoraj z robienia brownies dla domowych gości. Postawiła na szybką tartę. Tego lata Ona i On wciągnęli już niejedną tartę wytrawną, parę na słodko (głównie z jabłkami lub porzeczkami), a wymarzonej z borówkami ni hu hu. No to przyszła kryska na matyska!
I oczywiście, jak się Ona za bardzo starała, to tarta za bardzo wyjść nie chciała:( I pewnie smaczna będzie (jedyny minut ciast przygotowywanych w tortownicy - głupio przed przyjściem gości rozkroić i spróbować;)), ale wygląd jej nie satysfakcjonuje. Mimo to dzieli się przepisem na smaczne ciasto.
Składniki
na ciasto:
300 g mąki pszennej
1 jajo
100 g miękkiego masła
łyżeczka cukru
1/4 szkl. wody (lub mniej/więcej - by ciasto dobrze się wyrobiło)
1 opakowanie borówek (lub innych owoców)
1 budyń waniliowy
1 galaretka - najlepiej pod kolor i smak owoców
Ona ciasto szybko zarabia i na pół godziny do lodówki chowa. Rozwałkowuje je dość cienko i...
... na nasmarowaną tłuszczem i posypaną bułką tartą blachę układa.
Nakłuwa je widelcem dość gęsto i w rozgrzanym piekarniku przez ok. 25 min. piecze.

Potem narzeka na wygląd - wyjątkowo nie swój a ciasta;) Takie życie: bywają brzydkie, ale mądre. Ta jest nieładna, ale smaczna!
Przepis bierze udział w akcji:
I oczywiście, jak się Ona za bardzo starała, to tarta za bardzo wyjść nie chciała:( I pewnie smaczna będzie (jedyny minut ciast przygotowywanych w tortownicy - głupio przed przyjściem gości rozkroić i spróbować;)), ale wygląd jej nie satysfakcjonuje. Mimo to dzieli się przepisem na smaczne ciasto.
Składniki
na ciasto:
300 g mąki pszennej
1 jajo
100 g miękkiego masła
łyżeczka cukru
1/4 szkl. wody (lub mniej/więcej - by ciasto dobrze się wyrobiło)
1 opakowanie borówek (lub innych owoców)
1 budyń waniliowy
1 galaretka - najlepiej pod kolor i smak owoców
Ona ciasto szybko zarabia i na pół godziny do lodówki chowa. Rozwałkowuje je dość cienko i...
... na nasmarowaną tłuszczem i posypaną bułką tartą blachę układa.
Nakłuwa je widelcem dość gęsto i w rozgrzanym piekarniku przez ok. 25 min. piecze.
Wrondlu gotuje budyń waniliowy w połowie podane w przepisie mleka. Odstawia do wystygnięcia. W drugim garnku gotuje pół galaretki i odstawia do lekkiego stężenia. Myje borówki.
Na chłodne ciasto wykłada budyń, owoce i galaretkę.
Potem narzeka na wygląd - wyjątkowo nie swój a ciasta;) Takie życie: bywają brzydkie, ale mądre. Ta jest nieładna, ale smaczna!
Przepis bierze udział w akcji:
Subskrybuj:
Posty (Atom)




